Znam mojego męża, Marka, od ponad trzydziestu lat i zawsze uważałam go za wulkan energii. Był tym typem faceta, który po powrocie z pracy nie potrafił usiedzieć w miejscu – ciągle coś naprawiał w garażu, planował wypady za miasto albo szedł na długi bieg z psem. Jednak tuż przed jego sześćdziesiątką coś zaczęło powoli pękać.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Coraz częściej widziałam go śpiącego na kanapie z pilotem w dłoni już o dziewiętnastej. Początkowo tłumaczyłam to sobie jego zmęczeniem w pracy, ale z czasem doszły do tego inne rzeczy. Marek zaczął być niesamowicie drażliwy, byle bzdura wyprowadzała go z równowagi, a dawne poczucie humoru gdzieś zniknęło. Do tego nasza sypialnia zupełnie zamarła. On sam coraz bardziej zamykał się w sobie, uciekał wzrokiem, a ja zaczynałam wariować z niepokoju. Przez głowę przelatywały mi najgorsze myśli: że to kryzys wieku średniego, że może ma depresję albo po prostu przestałam mu się podobać.
Prawda okazała się zupełnie inna, a odkryłam ją pewnego wieczoru, gdy z bezsilności zaczęłam czytać fora medyczne. Wtedy po raz pierwszy uderzyło mnie hasło: męska menopauza.
Przez całe życie żyłam w przekonaniu, że burza hormonów to wyłącznie nasza, kobieca sprawa. My przechodzimy to gwałtownie, w konkretnym przedziale lat, ale okazuje się, że menopauza u mężczyzn, czyli andropauza, to jak najbardziej realny proces fizjologiczny. U panów dzieje się to po cichu i znacznie wolniej, bo poziom wolnego testosteronu spada stopniowo już po trzydziestce, o ten symboliczny jeden procent rocznie. Prawdziwe załamanie przychodzi jednak najczęściej właśnie po pięćdziesiątce i w okolicach sześćdziesiątki.
Czytając kolejne artykuły, miałam wrażenie, że ktoś opisuje codzienność z naszego domu. Typowe objawy menopauzy u facetów to nie tylko ten wszechobecny spadek energii i brak siły do działania, ale też niewytłumaczalne odkładanie się tłuszczu na brzuchu, mimo że Marek jadł dokładnie to samo co zawsze. Do tego dochodzą bezsenne noce, nagłe poty, stany lękowe, a przede wszystkim drastyczny spadek libido i kłopoty ze wzwodem, o których mężczyźni za nic w świecie nie chcą głośno rozmawiać.
Najtrudniejsza była rozmowa. Dla mojego męża przyznanie się, że jego ciało i męskość zawodzą, było potężnym ciosem w dumę. Nie naciskałam, nie robiłam wyrzutów. Podeszłam do niego ciepło, położyłam rękę na ramieniu i spokojnie wytłumaczyłam mu, że to nie jest jego wina ani słabość charakteru, tylko biologia i hormony, które po prostu trzeba sprawdzić, tak samo jak bada się cholesterol czy serce.
Zgodził się pójść ze mną do laboratorium. Zrobiliśmy komplet badań: testosteron całkowity i wolny, prolaktynę, PSA, cukier i profil lipidowy. Wynik czarno na białym pokazał, że poziom męskich hormonów był na granicy normy.
Trafiliśmy na mądrego endokrynologa. Marek nie dostał żadnych cudownych pigułek z internetu, tylko rzetelne zalecenia. Wprowadziliśmy więcej ryb, pestek dyni i kwasów omega do naszej kuchni, mąż zaczął znowu regularnie ćwiczyć, żeby pobudzić mięśnie, a lekarz dobrał odpowiednią kurację wyrównującą niedobory.
Minęło kilka miesięcy i dziś znów widzę w oczach Marka ten dawny, zawadiacki błysk. Odzyskał spokój, chęć do życia, a my na nowo odnaleźliśmy bliskość. Jeśli widzisz, że Twój partner gaśnie i odsuwa się w cień, nie zostawiaj tego samemu sobie i nie bierz tego do siebie. Czasem największym dowodem miłości jest po prostu zauważenie problemu i podanie ręki, zanim duma nie pozwoli mu poprosić o pomoc.
Janina, 63 lata
Napisz do nas na kontakt@amori.club i podziel się swoją historią.